720 795 264 tomek@zoltepapiery.pl
Zaznacz stronę

Gdy poznałem w szpitalach kilka osób ze schizofrenią paranoidalną, rzeczywiście wydawało mi się, że ja czegoś takiego nie mam. Ci ludzie rzeczywiście mieli wrażenie, że albo ktoś ich śledzi, albo przypisywali coś jakiejś grupie społecznej, w sensie, że jest jakiś prześladowczy system lub jakaś grupa społeczne, która nadmiernie się nimi interesuje. To się raczej prosto objawia, zaczyna się od tego, że komuś np. wydaje się, że ma podsłuchiwane rozmowy, albo np. kamerka w komputerze go śledzi, czasem przybiera to na sile i robi się tego po prostu coraz więcej, staje się to zwyczajniej dominujące. W zasadzie wszystko jedno ile w tym prawdy, a ile w tym urojeń, liczy się tylko to, w jakim stopniu to się staje dominującym maniakalnym problemem w życiu. Bo na taką prostą kamerkę śledzącą komputerze można reagować na różne sposoby, ja jak mi ktoś mówi, bym sobie ją zakleił, to zwykle macham przy tym kimś do kamerki, aby pozdrowić, tego kogoś kto mnie śledzi i współczuje mu tak żmudnej nieciekawej pracy (więc ciężko u mnie o paranoje…). W każdym bądź razie jak ktoś już trafi do psychiatry i zacznie cokolwiek mówić o śledzeniu czy ogólnie cokolwiek w temacie ważności swojej osoby w oczach bliżej niezidentyfikowanej grupy śledzącej poruszać, diagnoza jakiejś paranoi jest praktycznie gotowa. Jakby ktoś z tym samym trafił do urzędnika od RODO, byłby zapewne inaczej potraktowany, przynajmniej urzędnik by miał pracę, a tu pacjent ma tabletkę. Tymczasem jak było mnie?

Paranoi, że ktoś mnie śledzi nie miałem, raczej miałem odwrotną sytuację, ja zacząłem innych “śledzić”. Jestem osobą wierzącą, z powołania wydaje mi się, że ewangelistą, czyli takim kimś, kto został uratowany przez Chrystusa, zbawiony, a teraz ma ochotę o tym trąbić całemu światu. Taką przynajmniej obsesją, że muszę ewangelizować żyłem kilka lat. No i tak trąbie całemu światu, czy to przez internet, czy to na ulicy, np. na kościele ulicznym, czy też innym ludziom. W pewnym momencie zacząłem się orientować, że praktycznie cały ten świat, któremu trąbie o Jezusie już dawno o nim słyszał… i nie mam o czym trąbić. W internecie, jak i w telewizji zaczął pojawiać się wywiad z bezdomnym Pawłem, człowiekiem, którego poznałem na ulicy jako osobę wierzącą. Sporo z nim czasu na ulicy spędziłem, nie mogłem zrozumieć jak ktoś, kto ma wszelkie podstawy, by wierzyć w zbawienie Jezusa Chrystusa zmartchwychwstałego syna Bożego, dalej cierpi na ulicy i nosi swoje cierpienia. Nie chcę za bardzo w książce przedstawiać swojej wizji wiary, całą sytuację opisałem szerzej na blogu shandai.pl (tytuł art. “KTO POMÓGŁ TEMU BEZDOMNEMU? – ROZWIĄZANIE ZAGADKI”), w każdym bądź razie, zacząłem się jak o ewangelista kręcić w kółko. Z kim nie pogadam, do kogo nie pójdę okazuje się ze dawno już wierzył, albo wierzył w Jezusa, ale jest jakoś zawiedziony kościołem, obrażony na kogoś wierzącego czy w inny sposób np. przeniesieniowy, czy też projekcyjny uprzedzony do Boga. Trochę, a nawet bardzo się załamałem, nie za bardzo wiedziałem co mam teraz robić jako ten obsesyjny ewangelista, zacząłem głęboko patrzeć w dusze ludzi, co siłą rzeczy rzutowało tym, że głęboko patrzyłem ludziom w oczy, patrząc w duszę (przynajmniej tak mi się wydawało). Jak się nie mogłem dopatrzeć, to zaczynałem rozmowę, wszędzie jednak to samo, ludzie w tym kraju tę wiarę głęboko skrywają pod wszelakimi możliwymi płaszczami. Tak samo było jak trafiłem do szpitala, pierwsze co, to chciałem się dowiedzieć, co lekarka ma w duszy… i patrzyłem jej w oczy. Tak dostałem przydomek do mojej schizofrenii “paranoidalna”, bo patrzy paranoicznie w oczy. W innym szpitalu gdzie dokładniej pytali o moją historię choroby, wiedząc ze najpierw przypisywano mi dwubiegunówkę, dopisano do tego przydomka “komponenta afektywna”.

To teraz jeszcze pytanie jak pozbyłem się dopisku “komponenta afektywna”?

Do szpitala trafiłem po raz kolejny, tym razem wylądowałem w wojskowym z innymi lekarzami (gdybym wylądował w UJ pewnie przypiski by zostały, by nie podważać poprzedniej diagnozy). W pierwszej rozmowie z lekarką zorientowałem się, że gdy jej mówię, że modlę się za Polskę i jestem bratem Jezusa, bo tak jest w biblii napisane, to ona uznaje to za moją paranoję. Będę miał więc diagnozę paranoidalną… bo to paranoja modlić się za ten kraj. Uspokoiłem się więc, dalej modliłem się za Polskę, codziennie rano robiłem rundę z rękami, w górę po korytarzu, ale tak by ta lekarka tego nie widziała, nie mówiłem też więcej tej lekarce nic o Bogu, ani o wierze, żeby nie drażnić jej paranoi z tym związanej. Nie mówiłem też nic o historii choroby ani o stanach depresyjnych, których tak czy inaczej po prawdzie ciężkich takich których, można by przypisać pod dwubiegunówkę nigdy nie miałem. W ten oto sposób pozbyłem się przydomku afektywna, można powiedzieć wyzdrowiałem, i na dziś dzień mam czystą schizofrenie paranoidalną:

Podsumowywując, jeśli dostałaś/eś jakąkolwiek diagnozę, pamiętaj że przede wszystkim jesteś sobą, a to że ktoś to tak nazwał to nie stygmat, ale jego personalne zdanie i zwykle splot różnych dziwnych okoliczność, jak np. potrzeby diagnozowania dla takiego celu by leki były tańsze.

Będę jeszcze sporo o tym pisał, jak dla mnie niezależnie jakąkolwiek masz diagnozę, przede wszystkim jesteś sobą!

Często gęsto zdarza się tak, że lekarz wogóle nie rozmawia z pacjentem, a potem nagle coś zapisuje metodą kopiuj-wklej, lub zwykłą urojeniową tak jak np., zrobił lekarz przyjmujący mnie w szpitalu wojskowym. Jedyne zdanie, jakie od niego usłyszałem, to takie bym podpisał kartkę ‘o dobrowolne leczenie’, ani wcześniej, ani później go już nie widziałem. Potem jednak na wypisie dowiedziałem się, że przeprowadził ze mną dość wyjątkowy wywiad, z którego dowiedziałem się np. “że jestem bogiem i mogę uleczyć wszystkie choroby”. To jest chyba ulubione zdanie wielu psychiatrów, jak słyszą jakiegokolwiek chorego mówiącego o Jezusie. Ja NIGDY czegoś takiego nie powiedziałem, dla mnie Jezus jest mesjaszem, nie mogę więc być drugim mesjaszem to jest fundament podstawa mojej wiary, jakiemuś lekarzowi się to uroiło lub wpisał, co mu się podobało… Tak już po prostu jest, jednym wolno sobie coś “urajać” (np. z przemęczenia) i podbijać pod tym pieczątki, a innych gdy mają urojeniowy problem (np. ze stresu) się za to trzyma w szpitalu. Poza tym głęboko się zastanawiam, czy Ci lekarze przypisujący pacjentom “mesjanistyczne posłania” od tak, sami nie projektują i nie mają wizji mesjanistycznej: “lekami zbawić świat od chorób”? Przecież równie dobrze taką diagnozę ja bym mógł im wypisać, gdybym miał jakieś swoje panujące “plemię” przybijające pieczęcie np. w czarnych w kitlach.

Nie mówię, że po stronie pacjentów też nie ma często gęsto zgody i chęci na bycie zdiagnozowanym. Ludzie lubią wiedzieć, na czym stoją, poza tym jak już wspomniałem, na takie cięższe diagnozy można dostać renty, co jest bardzo przydatne bo w takich stanach rzeczywiście czasem nie da się funkcjonować zawodowo, lub jest to jakoś zwykle bardzo ograniczone. To jest po prostu sposób, można rzec jakaś obecna rzeczywistość, w której przebywamy. Jeśli ludzkość będzie trwała jeszcze kilka lat, kto wie, czy tego okresu diagnozowania chorób psychicznych nie nazwiemy w przyszłości np. czymś w rodzaju ciemnych wieków średniowiecza.