720 795 264 tomek@zoltepapiery.pl
Zaznacz stronę

Może dla kogoś “zdrowego”, lub jakiegoś lekarza ten opis tego całego diagnozowania jest dziwny i nie potrzebny, gwarantuje jednak, że od strony chorego to jest czasem kwestia żyć, oddychać albo nie żyć i dychać np. na rencie…

Wszystko to, co do innego koszyka chorób się nie nadaje, a wymaga refundowanych specyficznych leków, zapisujemy jako schizofrenia… Wiedziałem o tym wcześniej, ale zdaje się przy 5-tym pobycie w szpitalu rozmawiałem raz z jednym lekarzem, który zmieniał specjalizacje z chirurga na psychiatrę, powiedział otwarcie i wprost. Jak był chirurgiem i miał wyrostek robaczkowy to diagnoza i leczenie było proste, jak jest psychiatrą, to w zasadzie nic nie wiadomo. Poza kilkoma typowymi, jasno określonymi przypadkami depresji, nerwicy, zaburzeni odżywiania, choroby dwubiegunowej i tym podobnych, wszystko inne w zasadzie nie wiadomo, czym jest. W Polsce te “inne przypadki” zwykle diagnozuje się często jako schizofrenia, czasem dopisując, przydomek paranoidalna (to jak dobrze poszukałem też przywilej polski, w innych krajach dominują inne przydomki). Dla lekarzy i procesu tzw. leczenia zdiagnozowanie choroby jest dosyć istotne, na każdą diagnozę przypisane są inne leki refundowane. Bez tej diagnozy musiałbym spore pieniądze na leki wydawać, w związku z tym zapisuje się często jako diagnozę schizofrenie, tak też mi tym razem wpisze.

Obecne diagnozowanie chorób czyli tzw. ICD to wymysł pomagający w statystykach, urzędach i w ogólnym rozeznaniu się w chorobie. Nie przeczę, że takie diagnozowanie nie jest potrzebne dla jakiś tam większych celów, no i np. dla takich chirurgów, żeby wiedzieć co i jak wyciąć. W przypadku jednak chorób psychicznych często gęsto jest nie na miejscu. Pamiętam, jak pierwszy raz dostałem na papierze wypisu ze szpitala diagnozę “schizofrenia paranoidalna”, na początku się nie przejąłem, papier jak papier, coś tam napisali. Gdy wróciłem do domu włączyłem internet i zacząłem czytać co to ta schizofrenia. Mimo, że początkowo się tym nie przejmowałem, to czytając to wszystko, myślałem, że się już nigdy nie pozbieram… dowiaduję się np., że jako schizofrenik jestem już tak ciężko chory, że mogę dostawać rentę. Przypomniała mi się też opowieść przyjaciela, który walczył kilka lat o zmianę swojej diagnozy ze schizofrenii na inną. Podobno ludzie z diagnozą schizofrenia, są już na wstępie inaczej traktowani przez policję i inne służby, są jakby “namaszczeni” do niepoważnego traktowania, “olewania” tego co mają do powiedzenia (nie wiem ile w tym prawdy, ale taka fama krąży).

Po tym wszystkim miałem jedną wielką nieprzespaną noc, zastanawiałem się, kim ja teraz jestem? Co znaczy być schizofrenikiem? Następnego dnia za namową żony, poszliśmy do szpitala zapytać, czy to oby prawidłowa diagnoza, bo cały czas w trakcie leczenia była mowa że mam “dwubiegunówkę” i jestem w fazie jakiejś psychotycznej “mani”, a tu nagle schizofrenia na wypisie. Lekarka spojrzała na kartkę ze zdziwieniem, zaraz ją wzięła i skomentowała: “o pomyliłam się”. Za 5 minut tamta kartka poszła do niszczarki, a ja miałem wypis z diagnozą “choroba dwubiegunowa”. Pierwsze co pomyślałem, to pytanie ile takich pomyłek już było i jak to łatwo komuś życie “skasować”, wpisując mu tak mocną diagnozę… 5 minut i zmiana choroby jakby nigdy nic? I na co ta nieprzespana noc była…?

Kojarzę z tego szpitala dziewczynę, która niemalże płakała, bo jej diagnozę schizofrenia paranoidalna wpisali… nie rozumiałem wtedy, dlaczego jej tak zależy na tym co jej wpiszą.

Gdybym to Ja się tak “pomylił”, to nazwała by to “psychozą” lub “urojeniem”, zresztą tak moją pomyłkę nazwała. Gdy trafiłem do szpitala, byłem w stanie jakiejś mocnej regresji i mocnego stresu, po zapytaniu jak mam na imię, odpowiedziałem, że mam na imię Marcin. Dopiero po zapytaniu jak mam wpisanie w dowodzie, powiedziałem grzecznie, że Tomasz. Ale czy była to psychoza, czy też urojenie z mojej strony? Wątpię, po pierwsze na drugie imię mam Marcin, po drugie mam dosyć dziwną sytuację, czułem się bardzo dziwnie w tym szpitalu, był to w zasadzie mój pierwszy oprócz narodzin szpitalny pobyt. A w poprzednim pobycie, tym podczas narodzin miałem w szpitalu na imię właśnie “Marcin”. To moja osobista historia, ale tak właśnie było, pielęgniarki przy moich narodzinach się pomyliły i podrzuciły mojej mamie dziecko z opaską “Marcin, syn Marii”, jako że to były czasy komunistyczne i opaski zdaje się, były limitowane, nikt tego nie zmienił. Moja mama miała na imię Anna, a mnie nazwała Tomasz, w szpitalu jednak byłem Marcinem synem Marii. Tak też tym razem w tym wielkim stresie się w szpitalu przedstawiłem, co zostało zapisane jako psychotyczne urojenie.

Tutaj mi się mocno lampka zaświeciła, ja akurat w tym wypadku doskonale wiedziałem i znałem ciąg przyczynowo skutkowy, dlaczego przedstawiłem się jako Marcin. A co jeślibym na jakiś czas zapomniał tego ciągu przyczynowo skutkowego i dalej przedstawiał się Marcin? No i czemu nikt nie uwzględnił mojego stresu i stanu, tylko zdiagnozowali to jako psychotyczne? I czemu nikt nie zapytał, dlaczego nazwałem się Marcin? Z mojej strony mogę się praktycznie założyć, że gdybym trafił do innego szpitala nie psychiatrycznego i byłbym w szoku np. po jakimś wypadku, to też po zapytaniu jak mam na imię powiedziałbym, że mam na imię Marcin, a dopiero za chwilę bym się skapnął, że jednak nazywam się Tomasz.

Dziś wiem, że gdybym dalej z jakiegoś powodu dalej przedstawiał się Marcin, zapewne siedziałbym dalej w szpitalu lub co gorsza w ZOL (zakład opiekuńczo leczniczy), i raczej nikt by się mnie nie pytał dlaczego tak na siebie mówię, a ja bez tego lub innych pytań raczej bym sobie tego nie przypomniał. Nie mówię, że nie znalazłby się ktoś, kto nie podszedłby i nie powiedział mi, że nazywam się Tomasz, bo pewnie jakiś zagubiony psychoterapeuta (lub raczej psychoterapeutka, bo tych zwykle więcej) by się znalazł, ale to by raczej nie pomogło… Bo ja doskonale wiem, że tak mam w dowodzie, mimo że tak się nie czuje.

W zakładach jest pełno jest ludzi z tego typu “urojeniami”, siedzą i czegoś albo nie pamiętają albo są żywnie do czegoś przekonani, większość z nich jest być może skazana na ZOL-owe dożywocie… Od środka powiem, że te przekonania w wydaniu “chorego” są jak najbardziej racjonalne (w późniejszych okresach miałem ich trochę więcej), mimo że na zewnątrz wygląda jak urojenia, to jednak każde takie urojenie “choćby” na zewnątrz jak najbardziej absurdalne i jak to jedna superwizorka skomentowała “z du… wzięte”, są jak najbardziej logiczne i ułożone. Bez tych “urojeń” ten człowiek musiałby zaprzeczyć czemuś, co nazwę wrzaskiem duszy i nie być sobą.

Przebyłem w szpitalu wiele rozmów z chorymi “urojeniowcami” i zauważyłem jedno, dając im się wypowiedzieć, ciągnąc ich tok rozumowania, jesteśmy w stanie do czegoś dojść i wiele rzeczy “rozwikłać” – rozplątać, problem w tym, że praktycznie nikt tego nie robi. Po pierwsze nikt (nie powiem ze nikt, bo czasem znajdzie się np. jakaś pielęgniarka…) nie ma na to czasu, po drugie ten rozmówca musiałby sobie uświadomić, że sam jest “urojeniowcem” lub conajmniej schizofrenikiem w wielu swoich prywatnych sprawach. Pacjent z urojeniami, psychozami itd. to nie pacjent do przytulania, to często gęsto pacjent, który ma głęboki wgląd w dusze. Sam swoją czuje i głęboko odczuwa dusze rozmówcy, takie rozmowy nie są po prostu łatwe dla kogoś, kto nie jest gotowy na konfrontacje ze sobą. Dla pacjenta psychotycznego, każda osoba z którą wchodzi w interakcje to głębokie przeżywanie drugiej osoby. Nawet jakby znalazł się przykładowo jakiś psychoterapeuta i chciał pomóc, to zwykle nie ma po prostu na to miejsca, większość zasad terapeutycznych nakazuje być anonimowym wobec pacjenta i nie wchodzić głębiej w relacje, no i ukrywać siebie. A najgorsze to chyba to, że niektórym “profesjonalistom” wydaje się, że są anonimowi, co jest niemożliwe do wykonania. Wychodzi potem taka anonimowość w takich “freudowskich” pomyłkach jak wpisanie innej choroby na wypisie.

CDN.